Od Fiesty w Maladze przez Gaudiego aż pod dom…

Późnym wieczorem po opuszczeniu Portugalii wylądowaliśmy na kolejnym pechowym rondzie, na którym błyskawicznie poznaliśmy hiszpańską oszczędność. Po ponad godzinie łapania, około 22 w końcu zapaliły się latarnie i mogliśmy kontynuować łapanie okazji. Nasz entuzjazm nie trwał jednak długo ponieważ wyżej wymieniona oszczędność właśnie dała się we znaki i znaleźliśmy się w kompletnych ciemnościach. Lampy zgasły po około 30 minutach, co zmusiło nas do 3 km spaceru do najbliższej stacji, oświetleni tylko za pomocą latarki, a nasze bezpieczeństwo postanowiliśmy podnieść poprzez przyczepienie do plecaków elementów odblaskowych pozyskanych z pobliskich barierek autostradowych. Po bezpiecznym dotarciu do celu, jedynym miejscem umożliwiającym nocleg był kawałek zieleni z kilkoma drzewami znajdujący się między zjazdem z autostrady a wyjazdem ze stacji. Po rozwieszeniu hamaków, które pod wpływem porywistego wiatru przypominały bardziej żagle niż miejsce do spania, rozłożyliśmy w nich karimaty i śpiwory i ułożyliśmy się do snu. Rano pierwsze co zobaczyliśmy to niebieskie błyski koguta z zaparkowanego nieopodal radiowozu. W pośpiechu zebraliśmy się stamtąd i jak gdyby nigdy nic weszliśmy na rondo łapać kolejną podwózkę. Po kilku zmarnowanych godzinach zdecydowaliśmy powoli ruszyć w kierunku cywilizacji, która wg GPS była oddalona o zaledwie 18 km a prawie 25 kg na plecach w niemal 40 stopniowym upale wcale nie ułatwiało spaceru. Po przejściu ¾ drogi cały czas próbując zorganizować transport, niespodziewanie złapaliśmy transport do oddalonego o jakieś 2 km skrzyżowania. Tam już z suchymi jak pieprz bukłakami szczęśliwie trafiliśmy na market gdzie uzupełniliśmy zapasy i pożywiliśmy się przed dalszą drogą do pobliskiego Lepe. Tam zrezygnowani postanowiliśmy ukrócić swoje cierpienia i wsiedliśmy w najbliższy autobus jadący do bardziej cywilizowanej miejscowości – Huelve. Tam poznaliśmy parę sympatycznych polskich autostopowiczów, z którymi wspólnie spędziliśmy wieczór i znaleźliśmy miejsce do spania. Rano po śniadaniu pożegnaliśmy się i udaliśmy na drogę w kierunku Sewilli. Po kilkunastu minutach bezowocnego łapania zmieniliśmy taktykę i już 10 minut później jechaliśmy do aktualnego celu. Dotarcie na miejsce uczciliśmy zimnym piwem, które smakowało niczym ambrozja po wyczerpujących dwóch ostatnich dniach. Piwo o wdzięcznej nazwie „Gordon” tak nam posmakowało, że postanowiliśmy nabyć jeszcze po jednym 10 % siłaczu i ruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Po obejrzeniu najciekawszych obiektów podreptaliśmy w stronę wylotu z miasta w kierunku Malagi. Z racji sporych trudności z łapaniem stopa w Hiszpanii odpuściliśmy Gibraltar i zostawiliśmy go na kolejną wyprawę. Do późnej nocy staraliśmy się o transport do Malagi lecz pokonani przez zmęczenie znaleźliśmy opuszczony dom, który dał nam schronienie tej nocy. Następnego dnia po 4 kilometrowym spacerze dotarliśmy na kolejną stację gdzie po kilku godzinach szczęśliwym trafem spotkaliśmy parę jadącą właśnie do Malagi. Zabraliśmy się z nimi i trzymając plecaki na kolanach po kilkugodzinnej podróży dotarliśmy na miejsce. Na miejscu odwiedziliśmy Lidla w poszukiwania lokalnej Malagi, nie znajdując jej jednak skuszeni ceną zakupiliśmy Porto, które posmakowało nam już w Portugalii. Tam również dowiedzieliśmy się, że dzisiaj zaczyna się Fiesta i całe miasto przez tydzień będzie świętować. Zmotywowani tym faktem, postanowiliśmy nieco odpocząć przed wieczorem na plaży. Po godzinie relaksu w cieniu palmy powoli udaliśmy się wzdłuż brzegu w stronę centrum. Po drodze zauważyliśmy jednak znajomy widok i kierowani przeczuciem podeszliśmy do pary siedzącej na karimacie przy kuchence turystycznej. Polacy Ci jak się okazało także są autostopowiczami. Posiedzieliśmy z nimi i porozmawialiśmy przy winku i piwku i razem skierowaliśmy się w stronę imprezy. Szczęśliwie po drodze spróbowaliśmy upragnionej Malagi i w dobrym humorze i towarzystwie szybko poczuliśmy klimat roztańczonego, barwnego i rozbawionego tłumu. W toku imprezy zaczepił nas Polak, chwilowo tam mieszkający i wraz z Martyną zaproponowali nam wspólne imprezowanie i miejsce do spania. Ciężko nam było odpuścić taką propozycję i wspólnie z nowo poznanymi Rafałem i Martą poszliśmy do mieszkania naszych gospodarzy przebrać się i zostawić rzeczy. Po prawie całej nocy imprezowania na fieście w mieście kolejny dzień zapowiadał się pod znakiem zwiedzania. Na cel obraliśmy najciekawsze punkty i wspólnie stworzyliśmy plan zwiedzania. Do południa zobaczyliśmy Rzymski Teatr, Zamek Gibralfaro i Stare Miasto po czym udaliśmy się do domu na obiad. Przygotowaliśmy pene z sosem bolognese i po wspólnym posiłku ruszyliśmy na drugą turę zwiedzania. Zobaczyliśmy Muzeum Pablo Picasso, które okazało się niemałym rozczarowaniem. Nie będąc w stanie zrozumieć jego twórczości, zakupiliśmy butelkę regionalnego Cartojal, które wypiliśmy pod jego domem. Przemierzyliśmy jeszcze wiele barwnych uliczek i skierowaliśmy nasze kroki w kierunku plaży, gdzie zasiedliśmy z Martą i Rafałem i delektowaliśmy się Calimocho. Skuszeni dość wysoką temperaturą wody poszliśmy się rzucić w morskie fale. Po chwili kąpieli zdecydowaliśmy wysuszyć się w drodze do domu. Rano pożegnaliśmy się z Martyną i Arturem i przeszliśmy się jeszcze po mieście. Wraz z Martą i Rafałem zjedliśmy rozchodne śniadanie, po którym rozdzieliliśmy się pozostając w kontakcie telefonicznym i udaliśmy w dogodne według nas miejsca do łapania stopa. Standardowo pierwsi siedzieliśmy już w samochodzie i zmierzaliśmy powoli w stronę Granady informując o tym naszą konkurencję, która chwilę później udała w miejsce, z którego wystartowaliśmy. Ostatecznie po kilku stopach wylądowaliśmy kilka kilometrów przed Granadą w umówionym z towarzyszami opuszczonymi rano miejscu. Tam wspólnie rozbiliśmy obóz i po śniadaniu następnego dnia urządziliśmy sobie mały wyścig, który oczywiście wygraliśmy i od tego czasu oczekiwaliśmy na kolejne wspólne spotkanie i odebranie nagrody. Po wylądowaniu w samej Granadzie zwiedziliśmy to urokliwe miasto, przemierzając stare wąskie uliczki według wcześniej zaplanowanej na mapie trasy. Po zobaczeniu wielu muzeów i zabytków zdecydowaliśmy wyruszyć na obrzeża i wystartować dalej. Po wyjściu z miasta i kilkunasto kilometrowym spacerze złapaliśmy szybkiego stopa na pobliską stacje, z której do późnego wieczora próbowaliśmy się wydostać w kierunku oddalonej o prawie 500 km Walencji, będącej naszym kolejnym celem. Zanim jednak tam dotarliśmy zmuszeni byliśmy przenocować w parku Narodowym Sierra Nevada w okolicy miasta Baza. Stamtąd następnego dnia po dwóch długich stopach udało nam się dojechać do samego centrum Walencji, która niezmiernie nas urzekła. Po dokładnym zwiedzeniu jej jednogłośnie stwierdziliśmy, że jest ona według nas najpiękniejszym jakie dotąd widzieliśmy miastem Hiszpanii. Stare miasto i zabytki pięknie kontrastowały z kompleksem nowoczesnych budynków, które przywitały nas po wjeździe do miasta. Podczas zwiedzania spotkaliśmy dwóch polskich rowerzystów podążającym szlakiem zabytków Unesco. Po chwili rozmowy i wymianie kontaktów udaliśmy się na stare miasto, skąd wyruszyliśmy w stronę obrzeży szukać noclegu. Po bardzo ciężkim i wyczerpującym wielokilometrowym wieczornym spacerze wreszcie udało nam się trafić na oazę palm pośrodku pól uprawnych. Rozciągnęliśmy między nimi hamaki i ostrożnie stąpając po kolczastych liściach, którymi usłana była cała przestrzeń między drzewami udaliśmy się na zasłużony odpoczynek. O poranku przedostaliśmy się przez stojący na naszej drodze zawalony śmieciami cygański obóz znajdujący się w miejscu opuszczonego pola kempingowego i udaliśmy się do pobliskiego marketu na śniadanie. Po posileniu się na plaży ruszyliśmy dalej i po wielu próbach łapania stopa, zmianach miejsc i taktyki w końcu udało nam się wydostać z tego pechowego miejsca. Po kilku kolejnych godzinach spędzonych na oddalonym o ok. 30 km od Walencji Autogrillu uśmiechnęło się do nas niesamowite szczęście ponieważ w końcu mieliśmy okazję zamienić kilka polskich słów i dojechać z Pawłem, kierowcą ciężarówki aż za Barcelonę gdzie czekał na nas umówiony transport. Stamtąd znajoma Paulina zabrała nas do Mataro gdzie mieszkała z mężem Robertem i synem Kubusiem. Spędziliśmy tam wspaniałe cztery dni, dzięki, którym mogliśmy zregenerować siły na dalszą drogę. W międzyczasie zwiedziliśmy Mataro i jeszcze raz spotkaliśmy się z Martą i Rafałem. Po opuszczeniu naszych gospodarzy udaliśmy się do Barcelony, gdzie zobaczyliśmy między innymi Katedrę Sagrada Familia, Dzielnicę Gotycką i Ogrody Gaudiego. Po zamknięciu ogrodów udało nam się z nich wydostać i skierowaliśmy się na drogę wylotową w kierunku Francji. Stacja, na którą trafiliśmy była raczej pechowa a całonocne łapanie nie przyniosło rezultatu i nad ranem czekał nas kolejny spacer do lepszej miejscówki. Ta okazała się bardziej szczęśliwa i po paru godzinach i kilku stopach udało nam się dotrzeć pod Perpignan. Tam po sytym śniadaniu zaraz wystawieniu kartki zatrzymał się pierwszy samochód. Tir prowadzony przez sympatycznego francuza nie zważającego na to, że zablokował bramki próbował się od nas dowiedzieć gdzie chcemy dotrzeć. Ucieszeni wieścią, że leci pod Dunkierkę zabraliśmy się mimo iż nie był to do końca planowany przez nas kierunek. Mieliśmy nadzieję, że stamtąd będzie nam dużo łatwiej dostać się do Polski. Na wysokości Lyonu tachograf wymusił na nas 8-godzinną przerwę, podczas której rozłożyliśmy hamaki i planowaliśmy przenocować przy pobliskim parkingu. Przed samym zaśnięciem słysząc nasze rozmowy podszedł do nas kierowca jednego z zaparkowanych nieopodal Tirów. Jakież było nasze zdziwienie gdy usłyszeliśmy polski głos i propozycję podwózki aż pod Częstochowę. Ucieszeni obudziliśmy kierowcę, u którego zostały nasze rzeczy, zabraliśmy plecaki, zwinęliśmy hamaki i szybko ruszyliśmy z nowo poznanym rodakiem. Po drodze do domu musieliśmy także zatrzymać się na pauzę i po noclegu w naczepie wraz ze skrzynią na samolotowy bak, zjedliśmy śniadanie, wypiliśmy kawę i ruszyliśmy dalej. Podróż zleciała bardzo szybko i w przyjaznej atmosferze. Niepostrzeżenie przekroczyliśmy granicę Polski a parę godzin później żegnaliśmy się w Blachowni, nieopodal Częstochowy, skąd także stopem dotarliśmy do centrum rodzinnego miasta. Tam pierwszy raz od dłuższego czasu użyliśmy środka komunikacji miejskiej aby dotrzeć do swoich domów i zasłużenie odpocząć w swoich łóżkach. Tak oto zleciały prawie dwa miesiące podróży.

Tutaj chcemy bardzo podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do tego, że nasza podróż nabrała tak wspaniałego klimatu i przekonała nas, że każdy nawet najmniejsza pomoc przyczyniła się do tych wszystkich wspaniałych i nierzadko zaskakujących chwil i wydarzeń jakie przeżyliśmy w trakcie podróży. Nie jesteśmy w stanie wymienić każdego z osobna, ale dziękujemy każdej osobie, która nas podwiozła, wszystkim, którzy nas przenocowali oraz tym, których spotkaliśmy na naszej drodze za czas, który nam poświęcili i drogę którą nierzadko dla nas nadłożyli.

Stolica, malownicza Carrapateira i skaliste Lagos…

Pierwszym miejscem, które odwiedziliśmy była informacja turystyczna gdzie pozyskaliśmy mapy i poznaliśmy Amerykanina polskiego pochodzenia, któremu bardzo spodobał się zamysł naszej wyprawy. Wyposażeni w plan miasta ruszyliśmy odwiedzić wszystkie interesujące nas punkty stolicy takie jak zamek, port czy stare miasto. Po całodniowym zwiedzaniu postanowiliśmy zaszaleć i udaliśmy się do kina w pobliskiej galerii na premierowy pokaz filmu „Strażnicy Galaktyki”. Po seansie zdecydowaliśmy się wydostać z miasta i po ugotowaniu i zjedzeniu fasolki szparagowej na stacji na wylocie z miasta zabraliśmy się z wesołym dziadkiem w pobliże kolejnego punktu na naszej drodze – Coiny. Tam przenocowaliśmy w trzcinach i następnego dnia poszliśmy dalej w poszukiwaniu wieży piekieł. Podczas długiego spaceru poznaliśmy Fernando – bardzo przyjaznego portugalskiego nauczyciela matematyki. Chwilę porozmawialiśmy, wspólnie znaleźliśmy lokację obiektu i każdy udał się w swoją stronę. Mimo, że nasz cel widoczny był z daleka to dotarcie do niego przysporzyło nam niemało trudności. Musieliśmy przedrzeć się przez labirynt opuszczonego olbrzymiego gospodarstwa. Po wyjściu przez okno trafiliśmy do olbrzymiego mandarynkowego sadu po środku, którego stało zrujnowane Tower De Inferno. Obiekt z zewnątrz zrobił na nas spore wrażenie, jednak po wejściu do środka rozczarowaliśmy się z powodu ogromu zniszczeń spowodowanych pożarem. Poza kilkoma ścianami i kupą gruzu, wewnątrz nie było kompletnie niczego, nawet stropów. Spenetrowaliśmy to co zostało z wnętrza budynku, zrobiliśmy trochę zdjęć, nakręciliśmy filmik i ruszyliśmy dalej na południe. Po drobnych zakupach i obiedzie udaliśmy się po kawę i trochę prądu do McDonalda a następnie w poszukiwaniu miejsca na nocleg. Trafiło nam się najlepsze miejsce jakie mogliśmy sobie wymarzyć, mianowicie pomiędzy drogą a oddalonymi od niej 25 metrów torami. Rano odświeżyliśmy się w pobliskiej galerii, zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy dalej. Po długim i bezowocnym łapaniu stopa podjechał do nas na rowerze Romek, który jak się okazało mieszka w Portugalii już 15 lat a posiada Polsko Ukraińskie korzenie. Uradowani możliwością rozmowy w ojczystym języku daliśmy się zaprosić na zaoferowany nam nocleg. Po drodze, wypiliśmy kawę i spróbowaliśmy lokalnego bimbru, po czym dotarliśmy do domu Romka. Tam ugościł nas najlepiej jak tylko mógł. Wzięliśmy prysznic, po którym zjedliśmy kolację złożoną z kilku ukraińskich potraw m.in. ciasta przygotowanego przez jego żonę. W trakcie kolacji odwiedzili nas jego przyjaciele Mikołaj i Iwan a kolacja przerodziła się we wspólną imprezę. W nocy zabrali nas na zamek, z którego rozpościerał się piękny widok na rozświetloną Lizbonę. Wracając zatrzymaliśmy się u naszych nowych znajomych gdzie skosztowaliśmy różnych miejscowych specjałów, którymi uraczyli nas gospodarze, po czym udaliśmy się na spoczynek. Z samego rana w ramach rewanżu postanowiliśmy się odwdzięczyć i zrobiliśmy śniadanie. Po śniadaniu Mikołaj z Romkiem odwieźli nas na obrzeże miasta a po drodze podjechaliśmy jeszcze pożegnać się z Iwanem i ich zabawnymi kotami. Potem zawieźli nas na jak się później okazało nie do końca szczęśliwe dla nas rondo. Cały dzień stania w słońcu nie przyniósł żadnych efektów. Dopiero ok. 21 zatrzymał się bus z grupą polaków, którzy niestety zmierzali w przeciwnym do naszego kierunku. Mimo to zaproponowali, że jak będą wracać a my do tej pory nic nie złapiemy to nas przenocują u siebie. Po 14 godzinach nieudanego łapania trafiliśmy wraz z rodakami na miejsce kolejnego noclegu. Następny dzień był dla nas bardziej szczęśliwy ponieważ dość szybko udało nam się dostać do Setubal a stamtąd złapaliśmy transport aż do pięknej miejscowości Carrapateiry. Tam odwiedziliśmy przepiękną plażę przeciętą przez wpadającą do oceanu szeroką a bardzo płytką rzekę. Spacerując po rozległych piaszczystych wydmach dotarliśmy do klifów, o które rozbijały się fale wzburzonego oceanu. Tam po nacieszeniu się pięknymi widokami i przepędzeni porywistym wiatrem poszliśmy szukać noclegu. Po przejściu na druga stronę miasteczka weszliśmy w górzysty teren, gdzie za jednym pagórkiem osłoniętym od wiatru kępa krzaków rozłożyliśmy karimaty, zjedliśmy kolację i położyliśmy się pod czarnym niebem pięknie rozświetlonym gwiazdami i księżycem. Obudziliśmy się otoczeni skąpanym w słońcu stepowym krajobrazem bez żadnych śladów cywilizacji. Po długim spacerze wróciliśmy do miasteczka, w którym uzupełniliśmy zapasy wody i ruszyliśmy na drogę by jak najszybciej dotrzeć do ostatniego punktu naszej podróży w Portugalii – urokliwego miasta Lagos. Mimo konkurencji w postaci pary autostopowiczów jak zwykle jednak szczęśliwie udało nam się pierwszym zatrzymać samochód zmierzający do Vila do Bispo. Zabrał nas tam młody surfer starym Mercedesem. Odremontowanym camperem będącym zarazem jego domem dojazd do miasta nie obył się bez przygód. Podjeżdżając pod jedną z górek samochód zaczął odmawiać posłuszeństwa krztusząc się i gasną. Szczęśliwie wtoczyliśmy się jakoś na szczyt i po wyjęciu jednego z filtrów paliwa bez większych problemów auto odpaliło i ruszyliśmy dalej. Na miejscu ok. 13 zjedliśmy późne śniadanie i ruszyliśmy dalej. Dość szybko złapaliśmy kolejny samochód, w którym siedziały 4 młode, sympatyczne dziewczyny. Zaproponowały, że podwiozą nas jeśli tylko się zmieścimy. Po chwili gimnastyki wspólnie z nimi siedzieliśmy w aucie jadąc do Lagos. Na miejscu szybko poszliśmy do portu gdzie po chwili łapania jachtów zdecydowaliśmy zwiedzić łódką pobliskie jaskinie rozpościerające się wzdłuż wybrzeża. Z sympatycznym przewodnikiem szybko znaleźliśmy się na miejscu i przepływając między skalnymi szczelinami słuchaliśmy opowieści na ich temat. Skały łączące się z klifami tworzyły kompleks pomieszczeń niczym pokoje w olbrzymim domu. Każda z nich miała swoją nazwę i historie powstania. Wracając wypłynęliśmy na otwarte morze by zobaczyć piękną starą latarnię morską znajdującą się na szczycie jednego z klifów. Chwilę później stąpaliśmy już po ubitej ziemi i skierowaliśmy się w stronę trasy by dotrzeć do Faro. Wieczorem po kilku stopach znaleźliśmy się u celu. Do późnej nocy szukaliśmy noclegu aż w końcu rozłożyliśmy się w gęstej, wysokiej trawie. Mając przed oczami rażący księżyc i logo hotelu Ibis poszliśmy spać. Cały kolejny dzień zleciał na powolnym dotarciu do granicy z Hiszpanią, gdzie dostaliśmy się późnym wieczorem. Po raz kolejny wjechaliśmy do Hiszpanii przywitani równie chłodno jak poprzednim razem…

Klasztor, Różowy Pałac i średniowieczny festiwal…

Po deszczowej, niemal nie przespanej nocy w przygranicznym Tui udało susząc się pod dachem pobliskiego supermarketu udało się nam zorganizować transport to oddalonego o ok. 2km, leżącego już w Portugalii miasteczka Valenca. Stamtąd zabrała nas para przewodników Victor i Cristina, którzy przez całą drogę do Viana de Castelo opowiadali nam o miejscach, przez które przejeżdżaliśmy, co chwilę przystając na zwiedzanie. Po dotarciu do tego urokliwego miasteczka wspólnie zasiedliśmy w przyportowej knajpce, skosztowaliśmy regionalnego Vinho Verde oraz miejscowych ryb w formie przystawek. Przez cały czas spędzony tam, nasi gospodarze z braku możliwości przenocowania nas starali się zorganizować jakiś alternatywny nocleg. Po kilku nieudanych próbach zawieźli nas do hotelu i oznajmili, że pokój już jest zapłacony i zostajemy tutaj ponieważ na jazdę do Porto o tej godzinie już jest za późno. Naszykowaliśmy się do spania, zrobiliśmy pranie a następnego ranka znaleźliśmy w sieci kilka obiektów w Portugalii, które nas zainteresowały. Jednym z nich był opuszczony klasztor mieszczący się w środku lasu, który oddalony był od hotelu zaledwie 4 km. Po obfitym śniadaniu udaliśmy się tam i po długim przedzieraniu się przez gęstwiny jeżyn i innych roślin naszym oczom ukazała się lokacja wyglądająca jak żywcem wyciągnięta z gry Tomb Raider. Niczym Lara Croft przedostaliśmy się do wewnątrz kompleksu sprawiającego wrażenie jakby miał się zaraz zawalić i trzymającego się w kupie jedynie dzięki porastającym je pnączom. Tam spotkaliśmy miejscowego chłopaka, który pokazywał to miejsce dwójce hiszpańskich turystów. Jak się potem okazało, że Ci „turyści” są takimi samymi poszukiwaczami jak my. Po zrobieniu porcji zdjęć wpuściliśmy się w rozmowę z Jose i Jolandą po czym zaprosili nas na wspólny obiad, na którym spróbowaliśmy miejscowej ryby Cadfish oraz miejscowego deseru. Po obiedzie i rozmowach ciągnących się aż do kolacji hiszpańscy fotografowie podwieźli nas do trasy wylotowej w kierunku Porto dając na drogę po dwa miejscowe piwa. Pierwszym autem, które się zatrzymało był zielony Land Rover z wdzięcznie brzmiącym napisem Police. Stróże prawa poinformowali nas, że jest tu niebezpiecznie i nie możemy to stać lecz po chwili rozmowy zrozumieli, że są w błędzie i nie pozostało im nic innego jak w lekkim zmieszaniu życzyć nam powodzenia i ruszyć w swoją stronę. Nocą udało nam się dotrzeć do Porto gdzie po nocnej sesji zdjęciowej udaliśmy się w bezskutecznym poszukiwaniu noclegu. Po przejściu całego miasta wzdłuż i wszerz usypialiśmy idąc. Koniec końców usnęliśmy na ławkach nieopodal rzeki oddzielającej Porto od Vila Nova de Gaia. Po zwiedzeniu miasta i spróbowaniu różnych rodzajów miejscowego Porto, które jak się okazało nie jest winem a 19% likierem występującym w kilku odmianach. Zakupiliśmy butelkę Porto na drogę i wylądowaliśmy na jedynej drodze wiodącej do Espinho będącego naszym kolejnym celem. Dostaliśmy się tam bardzo szybko i wysiedliśmy z samochodu pod samym obiektem, którego poszukiwaliśmy. Posiadłość Palacete Rosa Pena mieściła się w samym środku miasta i nie mieliśmy problemu by dostać się do środka przez niewysoki mur. Tam zrobiliśmy wiele zdjęć spiesząc się przed zapadającym powoli zmrokiem, a nawet udało nam się dostać do wewnątrz, mimo że drzwi i wszystkie niskie okna były zamurowane. Po opuszczeniu obiektu udaliśmy się w kierunku Feiry gdzie miał się odbywać średniowieczny festiwal. Dotarliśmy tam jednak dopiero następnego dnia z powodu trudności z dojazdem. Do południa weszliśmy na teren imprezy gdzie udało nam się skorzystać z parku linowego dzięki uprzejmości poznanego tam Jose. Cały dzień zwiedzaliśmy średniowieczne stragany, zamek, oglądając uliczne przedstawienia i dobrze się bawiliśmy. Późną nocą opuściliśmy teren imprezy i szybko znaleźliśmy miejsce noclegu na zboczu pobliskiej drogi. Od rana po kilku godzinach spaceru przerywanego owocowymi przystankami, podczas których pobliskie drzewa obdarowywały nas różnymi dobrodziejstwami takimi jak pomarańcze, nektarynki czy jabłka. Ostatnim przystankiem przed mozaikowym miasteczkiem było pole pełne fasolki szparagowej, która szybko zagościła w naszych plecakach. Po przemierzeniu całej mieściny w poszukiwaniu sklepu uzupełniliśmy zapas wody i wydostaliśmy się na obrzeża skąd dość szybko zabrał nas wesoły dziadek. A tam gdzie nas zostawił przed północą trafił nam się nieoczekiwany stop w formie karetki. Wysiedliśmy w pobliżu oddalonego o ok. 10km Aveiro gdzie znaleźliśmy nocleg. Rozciągnęliśmy hamaki między słupami służącymi jako podstawy bocianich gniazd i położyliśmy się spać pod rozgwieżdżonym niebem w sąsiedztwie jak się rano okazało hordy ślimaków. Z rana po jak się okazało słusznej rezygnacji ze śniadania trafiliśmy na strzał jeden na milion. Na rondzie, na którym nie jechał prawie nikt, zatrzymał się jedyny samochód zmierzający akurat do samej Lizbony. W samo południe byliśmy już w stolicy…

Święto Cydru, Szczyty Europy i Camino de Santiago

Przed dojechaniem do Neves będącego celem naszej wędrówki zatrzymaliśmy się w Llanes i poszliśmy z dziewczynami na plażę a kierowca poszedł spotkać się ze swoim znajomym. Po krótkim wylegiwaniu na plaży przekąsiliśmy co nieco i razem ruszyliśmy na imprezę. Okazało się, że małe w tym małym miasteczku co roku odbywa się Święto Cydru w całości finansowane przez jednego z mieszkańców – meksykańskiego multimilionera. Na całej imprezie szczególne wrażenie zrobił na nas sposób nalewania tego miejscowego trunku mianowicie z butelki trzymanej wysoko nad głową lało się cydr do szklanki ustawionej pod kątem 45 stopni na wysokości uda. Specjał ten lany był również bezpośrednio z beczek postawionych na wysokich stojakach. Miało to na celu rozbicie kryształków napoju i napowietrzenie znacznie zmieniając smak. Kolejną niespodzianką był koncert i ilość przybyłych na tą imprezę ludzi. Skosztowaliśmy tam także miejscowego napoju – calimocho. Było to czerwone wino połączone w proporcjach 1 do 1 z colą. Na imprezie poza dobrą zabawą poznaliśmy również wielu fantastycznych ludzi i późną nocą poszliśmy spać obok samochodu, którym tu dotarliśmy na okolicznym parkingu. Następnego dnia bardziej zintegrowaliśmy się z grupą wspólnie przygrywając na instrumentach. W końcu przyszedł czas się pożegnać, więc wyruszyliśmy w dalszą drogę. Naszym kolejnym celem były Picos de Europa – góry na granicy Cantabrii i Asturii. Po trzech stopach w końcu dotarliśmy do Cangas leżącego u podnóży interesującego nas pasma. Tam w informacji zdobyliśmy mapy i jedynym możliwym środkiem transportu – autokarem, dostaliśmy się do Lagos de Covadonga na wysokości ok 1100 m npm. Tam przemierzyliśmy jeden z większych szlaków, porobiliśmy trochę zdjęć i zataczając koło wróciliśmy do punktu startu gdzie kiedy już opustoszał rozwiesiliśmy hamaki w towarzystwie dźwięków krowich dzwonków i muczenia położyliśmy się spać. O poranku przywitał nas przyjazny lecz dziwnie parskający patrzący na nas z około dwóch metrów byk. Ostrożnie zebraliśmy obóz i gdy gospodarz opuścił przystanek ruszyliśmy na kolejny szlak. Pogoda jednak nie była łaskawa i z racji trudnych warunków zmuszeni byliśmy wrócić na parking skąd z powodu ulewnego deszczu wróciliśmy autokarem. Po powrocie do Cangas trafiliśmy na degustacje miejscowych serów i chorizo. Dopiero późnym wieczorem udało nam się złapać kolejną podwózkę do właśnie zamykanej stacji benzynowej. Tam szukając miejsca do spania zupełnym przypadkiem trafiliśmy na transport do samego Aviles gdzie do godziny 3 w nocy przesiedzieliśmy w Mcdonaldzie. Stamtąd ruszyliśmy piechotą nad morze szukając miejsca na nocleg. Znaleźliśmy je dopiero w kolejnym mieście ok 4:30 nad ranem. Rozłożyliśmy się na jednej z kilku wydm i przykryci plandeką poszliśmy spać. Z rana czekał nas bardzo długi spacer i po przejściu trzech czy czterech wiosek po wielu godzinach udało nam się złapać stopa do oddalonej o ok 240 km La Corunii. Tam dzięki uprzejmości ludzi, którzy nas zabrali zobaczyliśmy ciekawsze miejsca w mieście i udaliśmy się na zwiedzanie. Po zobaczeniu starej części miasta oraz najstarszej w Europie latarnii morskiej zdecydowaliśmy ruszyć w stronę drogi prowadzącej na południe. Po bardzo długim spacerze i niemal nieprzespanej nocy chwytaliśmy się brzytwy rozwieszając hamaki w według nas ukrytej kępie drzew między ulicami. Zraszacze szybko nas stamtąd eksmitowały i ruszyliśmy dalej. Końcówkę nocy spędziliśmy niedaleko Lidla w o wiele lepszych warunkach. Po przebudzeniu i zakupach złapaliśmy transport do Santiago de Compostela słynącego z pielgrzymów. Spróbowaliśmy miejscowego ciasta Santiago oraz ciasta z łososiem, zobaczyliśmy szybko stare miasto i po bardzo dobrze ulokowanym noclegu wróciliśmy rano by dokładnie zobaczyć słynne miasteczko. Później skierowaliśmy się w stronę Portugalii gdzie po drodze odwiedziliśmy jeszcze Pontavedre oraz spędziliśmy ciężką deszczową noc w przygranicznym Tui.

Wesoły autobus, Bilbao i PRL-owska fiesta…

Hiszpania już na początku bardzo nas zaskoczyła. Stojąc na granicy i machając do ludzi przejeżdżających przez bramki autostradowe zdziwił nas dźwięk klaksonu dobywający się z dość starego autokaru, którego kierowca wołał nas do środka. Kolejny szok czekał nas w środku gdzie okazało się, że pojazd jest daleki od stanu fabrycznego i że byliśmy właśnie w olbrzymim camperze pełnym pozytywnie zakręconych, rozśpiewanych muzyków. Wewnątrz rozsiedliśmy się w wygodnych fotelach I ruszyliśmy w stronę Bilbao, które było naszym pierwszym celem w Hiszpanii. Był to również przystanek wesołego autobusu, na którym mieli zebrać jeszcze trzech członków ekipy. Po dojechaniu do celu postanowiliśmy spędzić cały wieczór w ich towarzystwie. Udaliśmy się więc wspólnie na stare miasto, gdzie rozstawiliśmy instrumenty i rozpoczęliśmy koncertowanie. Dźwięk skrzypiec w akompaniamencie kontrabasu, bębna, dwóch gitar a także naszych harmonijek wzbudzał olbrzymie zainteresowanie wszystkich w koło. Po około godzinie gry usłyszeliśmy z drugiego piętra pobliskiego budynku wołanie przez megafon w języku hiszpańskim. Po chwili widząc brak odzewu kobieta zaczęła mówić po angielsku. Jasno przekazała, że odbywa się tam jej impreza urodzinowa i jeśli przyjdziemy tam zagrać to możemy raczyć się darmowym jedzeniem i trunkami. Ukierunkowani podpowiedziami tłumu siedzącego na rynku w końcu trafiliśmy do odpowiedniej klatki. W niedużym mieszkaniu odbywało się glasses party ponieważ jubilatka kolekcjonowała okulary. Po naszym przybyciu impreza rozkręciła się na całego. Muzyka, tańce i śpiewy trwały do trzeciej nad ranem. Po imprezie wszyscy wróciliśmy do autokaru gdzie spędziliśmy noc. Następnego dnia pożegnaliśmy się z wesołą grupką i udaliśmy się zobaczyć Bilbao i o umówionej godzinie udać się na stare miasto na spotkanie z Katarzyną. Po dotarciu na Plaza Nueva uzmysłowiliśmy sobie, że jest to dokładnie to samo miejsce, w którym graliśmy zeszłego wieczora. Dzięki uprzejmości naszej znajomej mogliśmy spróbować lokalnego trunku patxaran, orujo oraz przekąsek pinchos. Pomimo wspaniale spędzonego czasu w Bilbao zdecydowaliśmy ruszyć dalej więc udaliśmy się na wylot z miasta gdzie po zmierzchu udało nam się złapać stopa do Santander. Tam mimo późnej pory szczęśliwie zatrzymaliśmy kolejny samochód, który podwiózł nas na trwającą tam właśnie fiestę. Po wejściu na teren imprezy naszym oczom ukazał się PRL-owski park rozrywki, w niczym nie przypominający do tej pory widzianych fiest. Zamiast kolorowych strojów I tradycyjnej muzyki zobaczyliśmy tandetne wesołe miasteczko oraz mnóstwo miejsc służących tylko do wyciągania kasy typu strzelnice, bingo oraz automaty do gier. Rozczarowani całokształtem imprezy udaliśmy się na kolację i zaczęliśmy szukać miejsca na nocleg. Idąc wzdłuż plaży sam zaczepił nas mężczyzna pytając czy szukamy miejsca do spania. Jednak niezrozumienie spowodowane barierą językową sprawiło, że zamiast tłumaczyć zaprowadził nas w jedyne zadaszone miejsce zdatne do spania. Po dotarciu do celu, nie byliśmy jednak w stu procentach pewni, że jest to dobre rozwiązanie. Ogarnięci zmęczeniem zdecydowaliśmy rozwiesić jeden hamak i pilnując plecaków spać na zmianę. Po średnio przespanej nocy szybko zwiedziliśmy miasto, które chcieliśmy jak najszybciej opuścić. Pierwszy samochód, który się dla nas zatrzymał okazał się strzałem w dziesiątkę ponieważ chłopak jadący z dwiema dziewczynami zmierzał w stronę kolejnej imprezy, o której dowiedzieliśmy się jak zwykle przypadkiem. Zdecydowaliśmy więc zmienić swoje plany i pojechać razem z nimi…

Kraina win, piaskowa wspinaczka i biało – czerwona fiesta

Po dotarciu do Bordeaux lekko przytłoczeni wielkością miasta zdecydowaliśmy przejść przez centrum i udać się w stronę wybrzeża. Naszym celem stało się nadmorskie Arcachone, które okazało się ulubionym miasteczkiem bogaczy. Wzdłuż deptaka z jednej strony rozciągały się udekorowane budowlami z piasku plaże a z drugiej rzędy straganów z pamiątkami. Po obejrzeniu małego, pełnego ludzi miasteczka zaczęliśmy szukać miejsca, w którym moglibyśmy spokojnie spędzić noc, ponieważ wszędzie stały znaki z zakazem biwakowania. Idealnym miejscem okazał się las nieopodal miasteczka, wzdłuż którego zaparkowanych było wiele camperów. Z jednej strony osłonięci camperami a z drugiej krzakami rozwiesiliśmy hamaki i około drugiej w nocy ogarnięci zmęczeniem zasnęliśmy. Po długim wypoczynku i zebraniu wszystkiego ruszyliśmy w stronę plaży gdzie postanowiliśmy znaleźć wydmy, o których usłyszeliśmy dzień wcześniej. Już samo dojście do celu oddalonego o przeszło sześć kilometrów skąpaną w słońcu plażą było nie lada wyzwaniem. Kiedy znaleźliśmy się u podnóży ponad stumetrowych piaszczystych wzniesień, zdaliśmy sobie sprawę, że samo dojście było zaledwie ziarnkiem piasku w całej tej pustyni. Godzinę wędrówki po rozgrzanym piasku zajęło nam zdobycie najwyższej z wydm. Wycieńczająca wspinaczka była jednak tego warta ponieważ widok z góry rekompensował całe zmęczenie. Z jednej strony błękit oceanu oddzielony pasem piasku od niezmierzonych połaci lasów rozpościerających się po drugiej. Samo zejście zajęło zaledwie dwie minuty ponieważ wybraliśmy najkrótszą acz niekoniecznie najprostszą drogę. Zsuwanie się ze stromego, około 70 stopniowego piaszczystego stoku dawało wrażenie zjeżdżania na nartach.
[royal cats=20]
Na dole po kilkunastominutowej leśnej wędrówce znaleźliśmy się przy drodze z której udaliśmy się w stronę Biarritz. Dotarcie na miejsce nie było łatwe ponieważ każde miejsce, w którym się tego dnia znaleźliśmy było fatalne do łapania stopa. W pewnym momencie zmieniliśmy miejsce łapania i szczęście znów się do nas uśmiechnęło i przed wieczorem znaleźliśmy się w Biarritz, gdzie podczas ostatniej podwózki dowiedzieliśmy się o rozpoczynającym się następnego dnia festiwalu w Bayonne, mieście oddalonym zaledwie 10 km stąd. Z racji, że było już dość późno poszliśmy na plażę znajdującą się na obrzeżach miasta by tam rozpalić ognisko, upiec ziemniaki i przenocować. Nadciągający przypływ zmienił nasze plany i musieliśmy przejść kolejne dwa kilometry by spędzić noc w suchym miejscu. O poranku otrzepaliśmy się z piasku i ruszyliśmy do celu, którym był opuszczony zamek Ilbarritz. Na miejscu dowiedzieliśmy się, że ktoś wszedł w posiadanie obiektu i zamierza go odnowić i przerobić na luksusowy hotel. Udało nam się jednak dostać na teren strzeżonej przez ochronę posiadłości i zrobić kilka zdjęć tego malowniczo położonego na wzniesieniu zamku.
[royal cats=21]
Po wszystkim przyszedł czas na Bayonne, w którym znaleźliśmy się dość szybko i pierwsze co to udaliśmy się uzupełnić nasze zapasy prowiantu. Na miejscu trafiliśmy na degustację Sushi, gdzie mężczyzna obsługujący stanowisko zobaczywszy nasze plecaki zaczął z nami rozmowę, w trakcie której zaproponował sprzedanie nam dużego opakowania Sushi w bardzo atrakcyjnej cenie. Po wyjściu z marketu zjedliśmy smakowitości popijając winem I udaliśmy się w stronę fiesty. Na ulicy pojawiało się coraz więcej odzianych w biało czerwone stroje ludzi. Wyróżniając się z tłumu dotarliśmy do samego centrum gdzie łatwo można było zauważyć, że nie jesteśmy stąd. Dzięki temu to my byliśmy obiektem zainteresowania i dzięki temu właśnie, poznaliśmy wiele ciekawych osób. Impreza trwała do późnej nocy, a my co chwila w innym towarzystwie próbowaliśmy miejscowego piwa i innych trunków bardzo dobrze się przy tym bawiąc.
[royal cats=22]
Kiedy kończył się pierwszy dzień imprezy a my staliśmy, myśląc nad tym gdzie spędzimy noc, nagle podeszła do nas para ludzi i sami zaproponowali, że nas przenocują. Bez chwili wahania podążyliśmy za nimi i po chwili znaleźliśmy się w mieszkaniu. Tam na kolację zjedliśmy makaron z pesto przyrządzony dla nas przez gospodarzy i położyliśmy się spać. Po przebudzeniu korzystając z okazji wzięliśmy prysznic, podziękowaliśmy gospodarzom i ruszyliśmy w swoją stronę. Po drodze do wyjścia z miasta ponownie wstąpiliśmy do tego samego marketu by przy okazji podziękować za wczorajsze Sushi. Niespodziewanie po chwili rozmowy dostaliśmy kolejną propozycję nie do odrzucenia I tego dnia na śniadanie mieliśmy przyjemność zjeść przepyszne Sushi. Po skończonym kolorowym I smacznym posiłku podążyliśmy dalej w kierunku Hiszpanii. Około godziny 18 dostaliśmy się do granicy i tam zaczęły się kolejne bardzo zaskakujące przygody. Jak do tej pory Francja okazała się fantastycznym krajem, a ludzie, którzy stawali na naszej drodze byli niezmiernie mili i życzliwi.

Viva la France!

Wjeżdżając do Francji spodziewaliśmy się wielu trudności z łapaniem stopa, barierą językową oraz gościnnością. Jakieś było nasze zdziwienie kiedy okazało się, że jest zupełnie odwrotnie, ale o tym później. Już na samym początku dość szybko złapaliśmy pierwszy transport do miasteczka Douain oddalonego ok 8 km od naszego celu jakim był opuszczony browar w miejscowości Lecluse. Tam bez problemu załatwiliśmy sobie transport w pobliskim hotelu skąd znajomy recepcjonisty podwiózł nas pod sam obiekt. Od razu po dotarciu na miejsce zaczęliśmy szukać sposobu by dostać się do środka. Jednak po obejściu obiektu z każdej strony okazało się, że jedyną opcją by zobaczyć go od wewnątrz jest jeden z częstszych sposobów infiltracji obiektów czyli przeskoczenie przez dość wysoki, po części sypiący się mur. Po wejściu na teren browaru jeden z nas przerzucił przez ogrodzenie drabinę, którą znalazł przy bramie. Dzięki temu już chwilę później byliśmy w środku wraz z plecakami stojąc na rozległym wysypisku różnorakich rzeczy od zabawek po nawet zabytkowe samochody. Zostawiliśmy plecaki i przez kupę gruzu dostaliśmy się do garażu gdzie naszym oczom ukazało się pięć ponad pięćdziesięcioletnich pojazdów, gdzie niektóre były w całkiem niezłym stanie.
[royal cats=12]
Po zrobieniu kilku zdjęć wydostaliśmy się na zewnątrz i poszliśmy szukać noclegu. Za odpowiednie miejsce uznaliśmy okolice pobliskiego boiska, które wydawało się dla nas wystarczająco osłonięte. Zdziwiliśmy się jednak gdy z samego rana przed naszymi oczami pojawił się zabawny rowerzysta kończący właśnie przygotowywać skręta. Próbował się z nami porozumieć, jednak bez większego skutku. Po tym jak skończył i odjechał zebraliśmy obozowisko i ruszyliśmy w stronę Paryża. Między kilkoma stopami na jednym z pól zebraliśmy trochę ziemniaków na przyszły posiłek. Paryż jednak nie zostawił w nas nazbyt pozytywnych uczuć. W stolicy obejrzeliśmy jedynie katedrę Notre Dame i wieżę Eifella.
[royal cats=13]
Dużym problemem dla nas okazało się znalezienie wejścia do podparyskich kanałów, które chcieliśmy zobaczyć. Całą sprawę utrudniały nam również ciężkie plecaki i brak miejsca gdzie moglibyśmy je zostawić. Po spędzeniu nocy na Polach Marsowych zdecydowaliśmy, że czas jak najszybciej opuścić to zatłoczone miasto, które okazało się piekłem dla autostopowicza. Wyjście z niego oraz złapanie stopa by się dostać do kolejnego miasta na naszej drodze zajęło nam ponad pięć godzin w czterdziesto-stopniowym upale. Szczęśliwym trafem na światłach w olbrzymim korku udało nam się porozumieć z przemiłą holenderką, która zabrała nas z tego przeklętego upału. Tak dotarliśmy do Orleanu gdzie z bramek autostradowych szybko zabrała nas bardzo sympatyczna para. Po trzech kolejnych podwózkach znaleźliśmy się miejscu gdzie spędziliśmy jeden z najgorszych noclegów z naszej podróży. Ciężko spać na ławkach znajdujących się przy toalecie w czasie ulewnego deszczu więc skoro jedynym zadaszeniem był wyżej wymieniony budynek zdecydowaliśmy ugotować tam żurek z zebranymi wcześniej z pola ziemniakami. Niezrażeni aromatem głodni pochłonęliśmy całą menażkę zupy.
[royal cats=14]
W przerwie między opadami przespaliśmy się na ławkach i obudzeni rano mżawką zaczęliśmy łapać transport do Rochefort. Po dobrych trzech godzinach udało nam się wreszcie dojechać do tego małego miasteczka, które przez brak precyzyjnego rozeznania i zebranych informacji uznaliśmy za pomyłkę. Poza repliką olbrzymiego średniowiecznego żaglowca znaleźliśmy tam tylko opuszczony obiekt będący jak nam się wydawało starym budynkiem mieszczącym kiedyś kapitanat portu.
[royal cats=15]
Nie mogąc jednak dostać się do środka za dnia zdecydowaliśmy ruszyć na południe. Z racji dość późnej pory stopa łapaliśmy już po ciemku. Małymi kroczkami przemierzaliśmy trasę od Rochefort do Saintes gdzie jako ostatni zebrał nas z ciemnej drogi w szczerym polu Nicolas. Po chwili rozmowy okazało się, że mieszka on w tej miejscowości i zaproponował nam nocleg. Ten wspaniały człowiek będący scenarzystą filmowym, mieszkającym w XVIII wiecznym pałacyku przygarnął nas do siebie. Zmęczeni drogą, po prysznicu, szybkiej i smacznej kolacji i rozmowie z gospodarzem udaliśmy się do naszej sypialni. Po jednej z najbardziej luksusowych nocy w wygodnych łóżkach obudzeni dźwiękiem pianina zeszliśmy na dół gdzie przywitało nas pyszne śniadanie. Do późnego popołudnia z przerwą jedynie na pyszny obiad uzupełnialiśmy braki w raportowaniu.
[royal cats=17]
Po tym i uzyskaniu przez Nicolasa informacji na temat obiektu w Rochefort udaliśmy się tam wraz z nim samochodem. Na miejscu znaleźliśmy kompleks budynków opuszczonego szpitala znajdujący się na rozległym terenie. Dość szybko dostaliśmy się do środka przez wybite na parterze okno. Przemierzając z naszym gospodarzem puste korytarze, natrafialiśmy na stare sale operacyjne, oddział chirurgiczny, jakieś urządzenia, sale rentgenowskie i wiele innych. Dostaliśmy się również na wieżę, z której rozpościerał się niesamowity widok na wszystkie budynki. Zdziwiło nas ułożenie szpitala w kształcie olbrzymiej litery „X”. Poza głównym budynkiem znaleźliśmy również zrujnowaną kapliczkę i ciąg garaży, z czego w jednym stał zabytkowy powóz. Po wszystkim cicho wydostaliśmy się z obiektu przeskakując przez płot i pojechaliśmy do domu.
[royal cats=18]
Niedługo po powrocie udaliśmy się wraz Nicolasem do sąsiadów. Tam wypiliśmy szampana, przegryzanego melonem, zabraliśmy wina i jedzenie przygotowane przez Monique i Pierra i wspólnie udaliśmy się na kolację. Zasiedliśmy w stylowym salonie oświetlonym jedynie światłem świec umieszczonych na XVIII wiecznym weneckim żyrandolu i świecznikach. Właśnie wtedy mieliśmy okazję skosztować wielu francuskich przysmaków. Danie przygotowane przez Pierra czyli kaczka z ziemniakami i grzybami zapiekana w cieście francuskim oraz ciasto z morelami upieczone przez Monique, stare wino z Bordeaux oraz trzy sery z różnych regionów Francji złożyły się na najwspanialszy posiłek jaki dotąd jedliśmy. Po uczcie gospodarz wraz z sąsiadami zaproponowali by pokazać nam jeszcze amfiteatr i dwa opuszczone obiekty – stare kino i muzeum paleontologii. Niestety nie udało nam się do nich dostać więc wróciliśmy do domu i udaliśmy się na spoczynek. Następnego ranka zdecydowaliśmy, że po południu czas wyruszyć do Bordeaux. Przed wyjazdem jednak dzięki uprzejmości znajomych Nicolasa pozwolono nam wejść do dwóch opuszczonych posiadłości, z których jedna należała do nieżyjącego już przyjaciela naszego gospodarza. Po dokładnym sfotografowaniu obu obiektów wróciliśmy do pałacyku by spakować się do wyjazdu.
[royal cats=19]
Wzięliśmy plecaki i dzięki uprzejmości Nicolasa i fantastycznych sąsiadów o 17:25 już wysiadaliśmy z pociągu w Bordeaux trzymając w ręku przepyszne ciasto upieczone przez Monique. Chcielibyśmy spotykać na naszej drodze samych tak wspaniałych i życzliwych ludzi jak Nicolas, Monique i Pierre, którzy przez ten bardzo krótki okres stali się dla nas bardzo bliscy. Dzięki nim o 180 stopni zmieniło się nasze spojrzenie na Francję i jej mieszkańców.

Piękna starówka w Bruges, park widmo i noc w Ipres

Z samego rana, wyspani ruszyliśmy do Bruges. Pomimo konkurencji w postaci dwóch dziewczyn na wylocie z Brukseli udało nam się szybko złapać podwózkę do naszego celu. Zabrał nas przemiły gość w mniej więcej naszym wieku, mający co prawda dwosobowe auto, ale mimo to zdecydowaliśmy się z nim zabrać. Podróż była zabawna ponieważ jeden z nas siedział na fotelu pasażera, a drugi w pozycji leżącej w towarzystwie dwóch królików w klatce na pace małego dostawczaka. Po godzinie jazdy przerywanej drzemkami dotarliśmy 3 km od starego miasta. Zaraz po wejściu w stare uliczki okalające starówkę przywitała nas miła niespodzianka jaką był występ kataryniarza z prawdziwego zdarzenia. Ten pełen energii starszy Pan noszące drewniane buty zawołał nas do siebie i dał nam zagrać na swojej katarynie. Zagralismy na zmianę kilka utworów, wrzuciliśmy parę monet do garnuszka wystawionego przed urządzeniem i udaliśmy się do pobliskiej manufaktury cukierków gdzie odbywał się właśnie pokaz procesu wyrabiania miejscowych słodkości. Cukiernik łączył różnokolorowe masy w przeróżne wzory, formował i kroił masy a po zakończeniu pokazu odbyła się degustacja. Następnie zwiedzliliśmy jeszcze wiele czekoladziarni i poszliśmy zwiedzać urokliwe stare miasto. Zadziwiła nas olbrzymia ilość kościołów i muzeów jak np. Muzeum Czekolady, znajdujących się na terenie tej bardzo małej mieściny. Przemierzyliśmy je wzdłuż i wszerz a wieczorem zaczęliśmy szukać miejsca na nocleg. Niemal idealne okazało się miejsce nad rzeką, gdzie rozwiesiliśmy hamak i na przemian jeden łowił ryby a drugi spał. Nieopodal nas odbywał się ostatni dzień Cactus Festivalu, którego gwiazdą wieczoru był zespół Massive Attack, którego mieliśmy przyjemność słuchać wędkując i kładąc się do snu. Następnego dnia rano, zwinęliśmy hamaki, sprzęt do wędkowania, pokręcilismy się jeszcze po mieście – ok. 10 odwiedziliśmy Muzeum Salvadora Dali, a potem jeszcze kilka czekoladziarni gdzie spróbowaliśmy miejscowych specjałów jak praliny czy trufle. Około godziny 12:30 znaleźliśmy miasteczko olimpijskie, w którym wzięliśmy prysznic i prowizorycznie przepraliśmy parę rzeczy. Po kąpieli znaleźliśmy pobliską hurtownię spożywczą gdzie zrobilismy zakupy, w trakcie których załapaliśmy się na degustację win, kawy, ciasteczek i oliwek.
[royal cats=9]
Po zakupach i długim spacerze byliśmy już poza Bruges i po pierwszym machnięciu kartką z nazwą miasta przy drodze już wsiadaliśmy do auta. Po 2 kolejnych zatrzymanych autach zmierzaliśmy do celu czyli parku rozrywki „Dadipark” w małej wiosce Dadizele. Po dotarciu na miejsce zawiedzeni ujrzeliśmy kawałek zaoranego placu będące niegdyś tętniącym życiem parkiem rozrywki.
[royal cats=10]
Po kilku zdjęciach ruszyliśmy w dalszą drogę. Zatrzymaliśmy motocyklistę, który załatwił nam transport do miasteczka Ipres gdzie krążąc bez celu po ciemnych uliczkach natrafiliśmy na odbywający się tam właśnie koncert. Obawialiśmy się, że nie uda nam się wejść skoro mielismy przy sobie noże, gazy pieprzowe oraz butelkę alkoholu, a widzieliśmy jak bramkarz nie wpuścił chłopaka mającego w ręce puszkę fanty. Ku naszemu zdziwieniu jako jedyni weszliśmy z tak wypchanymi plecakami. Po koncercie zwiedziliśmy miasto i zaczęliśmy się rozglądać za dobrym miejscem na nocleg. Dobre miejsce znaleźliśmy w parku przy trasie. Tam rozbiliśmy hamaki w dość gęstych zaroślach i poszliśmy spać. O 8 obudził nas piękny słoneczny dzień wiec zwineliśmy się i wyruszyliśmy w stonę drogi gdzie mogliśmy łapać transport dalej. Mijając piękną rzeką przepływającą przez pobliski park postanowliśmy połapać trochę ryby więc rozwinęliśmy sprzęt, zarzuciliśmy wędkę lecz po 30 min bezskutecznych prób zrezygnowaliśmy i ruszyliśmy dalej. Natrafiliśmy w końcu na sklep i udaliśmy się tam ponieważ musieliśmy kupić coś do picia. Skusiła nas tarta, której chcieliśmy tutaj spróbować, wiec kupiliśmy jedną i poszliśmy usiąść na ławcę skonsumować posiłek.
[royal cats=11]
Po jedzeniu ruszyliśmy szukać transportu i udało nam się dostać prosto do Mesen gdzie mieliśmy w planie odwiedzić opuszczony zamek. Jak się okazało pałac tylko nazywał się Mesen ale był w całkiem innej cześci kraju. Tak postanowliśmy zakończyc zwiedzanie Belgii i ruszyliśmy w stronę Francji. Podsumowując ten kraj można śmiało powiedzieć, że jest w nim wiele wyjątkowych miejsc wartych zobaczenia, wiele miejscowych specjałów wartych spróbowania. Podczas naszego pobytu tam spotkaliśmy wielu wyjątkowych i bardzo zyczliwych ludzi, którym jestesmy wdzięczni za pomoc i z pewnością będziemy chcieli utrzymać z nimi kontakt.

Noc w pałacyku, wizyta w Charleroi i zwiedzanie Brukseli

Z rana tuż po przebudzeniu szybko się spakowaliśmy i zrobiliśmy kilka zdjęć miejsca, w którym spaliśmy i wystartowaliśmy w stronę autostrady łapać stopa do Charleroi.
[royal cats=2]

Po dwóch szybko złapanych podwózkach znaleźliśmy się w północnej części tegoż podobnież najbrzydszego w Europie miasta. Prawie cały dzień poświęciliśmy na ładowanie elektroniki w pobliskim McDonaldzie i wieczorem ruszyliśmy na zwiedzanie. pierwszym budynkiem, który napotkaliśmy na swojej drodze była opuszczona cementownia, a w koło niej jeszcze kilka opustoszałych budowli.

[royal cats=3]

Następnie ruszyliśmy na poszukiwanie dość słynnej tam galerii handlowej gdzie podobno w całym obiekcie funkcjonował tylko jeden sklep ze starymi książkami. Ku naszemu zdziwieniu okazało się, że antykwariatu już tam nie ma, ale za to otwarło się kilka innych sklepów.

[royal cats=4]

Kolejnym punktem jaki mieliśmy w planie odwiedzić był opuszczony teatr. Poszukiwania tego miejsca trwały dosyć długi i dopiero ok 1:30 w nocy znaleźliśmy się u celu. Niestety spotkała nas tu niezbyt miła niespodzianka ponieważ okazało się, że cały budynek jest zastawiony rusztowaniem i jest w trakcie renowacji. Z racji późnej pory udało nam się zajrzeć do wewnątrz przez jedyne otwarte okno na czwartym piętrze. Po szybkiej wspinaczce po rusztowaniu zobaczyliśmy, że w środku trwają prace remontowe i większość jest już odnowiona. Odpuściliśmy więc dalszą eksplorację. Usiedliśmy na ławce i zastanawiając się co dalej usłyszeliśmy wspaniały pomruk. Był to dźwięk Ferrari 348 Spider z roku 1991. Po rozmowie z właścicielem i zrobieniu kilku fotografii mieliśmy niepowtarzalną okazję przejechać się tą wspaniałą maszyną.

[royal cats=5]

Po wszystkim zmierzyliśmy na przystanek i mimo 3 w nocy śpiąc na przemian łapaliśmy stopa. Niestety bezskutecznie. Dopiero około 6 rano udaliśmy się w inne miejsce. Po drodze udało nam się zorganizować posiłek, którego nie dalismy rady zjeść w całości. Jeden arbuz na dwie osoby jest dużym wyzwaniem.

[royal cats=6]

Po skończonym posiłku zatrzymał się dla nas ciemnoskóry mężczyzna jadący nowiutkim Audi, który podwiózł nas do samej Brukseli. Tam od razu trafiliśmy na dwa olbrzymie budynki, w których znajdowała się ekspozycja 250 aut z okazji setnej rocznicy istnienia marki Maserati i wystawa militariów gdzie ujrzeliśmy niewiarygodnie dużo takich rzeczy jak zbroje,mundury, miecze, szable, kopie, piki, pistolety, sztucery, karabiny, armaty, a także różnego rodzaju pojazdy wojskowe takie jak samochody, motocykle,czołgi i niezliczone ilości samolotów w olbrzymim hangarze.

[royal cats=7]

Po zwiedzaniu tych niesamowitych miejsc udaliśmy się do centrum gdzie trafiliśmy na degustację belgijskich czekolad, których i tak zamierzaliśmy spróbować.

[royal cats=8]
Cały wieczór zwiedzaliśmy olbrzymią i strasznie zaśmieconą stolicę przy okazji szukając miejsca do uzupełnienia prądu. Przesiedzieliśmy w McDonald's do 1 w nocy i pieszo ruszyliśmy w stronę obrzeży miasta. Przechodząc przez malowniczy park koło bazyliki, w którym ławki zachęcająco się do nas uśmiechały nie daliśmy rady im odmówić. Około 3 w nocy położyliśmy się i przymknęliśmy oko na 5 minut po czym około 9 rano wstaliśmy wyspani.

Dzień 4 – Miranda, Cameo i stacja pośrodku niczego

Wstaliśmy o godzinie 6, zwinęliśmy plandeki i wystartowaliśmy dalej. Przechadzając się po Achene natrafiliśmy na niezabezpieczoną sieć, z której skorzystaliśmy by zaktualizować facebooka oraz bloga. Po wszystkim udaliśmy się do pobliskiego Ciney na zakupy. Po uzupełnieniu zapasów płynów zaczęliśmy poszukiwania zamku Miranda. Standardowo nam się poszczęściło i zatrzymał nam się samochód z dwójką chłopaków, którzy właśnie tam jechali, także w celu robienia zdjęć. Po chwili krążenia znaleźliśmy obiekt, do którego dostaliśmy się po pokrytym warstwą błota i liści bardzo stromym zboczu. Na szczycie przed naszymi oczami pojawił się porośnięty, całkowicie niewidoczny z drogi zamek. Przemierzaliśmy go pokój po pokoju fotografując wiele ciekawych miejsc. Zabawnym i trochę ryzykownym elementem zwiedzania były schody na wieżę, które bardziej przypominały zjeżdżalnie ale gra była warta świeczki, ponieważ widok z góry był fantastyczny. Przemierzając korytarze spotkaliśmy innego entuzjastę takich miejsc będącego zawodowym fotografem, który był tam ze swoim przyjacielem - dziennikarzem piszącym o jego pracy. Wymieniliśmy się adresami e-mail i dowiedzieliśmy się, że dziś jedzie jeszcze do dwóch takich obiektów. Bez zastanowienia pojechaliśmy wraz z nim. Pierwszym celem była stara stacja kolejowa znajdująca się w samym środku lasu. Dotarliśmy do niej po dość długiej przeprawie przez gęstwiny. Drugim obiektem było opuszczone po pożarze kino. Wejście do środka sprawiło wiele problemów , a pod samym kinem spotkaliśmy parę takich jak my pasjonatów już od trzech godzin próbujących się dostać do środka. Kolejne 30 minut zajęło nam szukanie sposobu na dostanie się do wewnątrz. W końcu tam weszliśmy przez wąską szczelinę nad oknem i zobaczyliśmy rozpadającą się sale kinową, pomieszczenie z projektorami, stare plakaty, kasy biletowe oraz inne ciekawe pomieszczenia. Po wymagającym wiele gimnastyki wyjściu udaliśmy się na poszukiwania auta. Kiedy do niego dotarliśmy i wyruszyliśmy w stronę Namur dowiedzieliśmy się o możliwości przespania w opuszczonym pałacyku. 20 Km dalej po chwili poszukiwania byliśmy już w środku obiektu stojącego w centrum bardzo zarośniętego ogrodu. Zbadaliśmy budynek, obejżeliśmy każde pomieszczenie i wybraliśmy najlepsze miejce na nocleg.

[royal cats=1]